O autorze
To, co Wam w duszy gra.
Wasze dzieci, Wy, to co Was bawi/porusza/złości.
Czujcie się jak u siebie!

Kluczowe było nastawienie personelu. Choć pod koniec jedna położna przyznała że prawie nikt nie wierzył, że mi się uda

Postanowiłam podzielić się moją historią - bo może to komuś pomoże:)
Swojej córki nie rodziłam w Polsce a w Niemczech. Tutaj podczas szkoły rodzenia i spotkań z położną przekonywano o pożytkach płynących z karmienia piersią (choć taktownie pozostawiano ostateczny wybór matkom) i takie właśnie miałam nastawienie - bardzo pozytywne.



Poród okazał się ciężki - po parunastu godzinach prób doradzono mi cesarkę (argumentowano ją dobrem dziecka). Paręnaście minut po porodzie ( ledwo zaczęłam przystawiać córkę) okazało się że macica się nie obkurcza i na cztery godziny wróciłam na stół operacyjny (pełna narkoza, transfuzje, duża utrata krwi).

Następny dzień - kilkakrotne wybudzanie się które pamiętam jak przez mgłę, dziecko zobaczyłam (na moment) po dwóch dniach. Generalnie nie było ze mną zbyt dobrze - cały czas dostawałam znieczulenie przez dojście i miałam sporo kabelków popodłączanych;)

Już pierwszego dnia po wybudzeniu była u mnie pani od doradztwa laktacyjnego z pytaniem czy chcę karmić piersią. Przyznaję że byłam w takim stanie że uznałam to za żart. Ale ona stwierdziła że się da - dostałam pompę (laktator elektryczny) i kazała co trzy godziny odciągać po 20 minut na każdą stronę. Ledwo miałam siłę trzymać końcówki ale się uparłam:) 2 dnia po porodzie pojawiły się pierwsze kropelki (w ilości bodajże 5). Położne kazały mężowi zbierać je pipetą i podawać małej (ciągle nie była ze mną)- podejrzewam że chodziło o efekt psychologiczny:) Kazały też przynieść zdjęcie córki i na nie patrzeć przy odciąganiu (trzeciego dnia dostaliśmy pokój rodzinny i byłam już cały czas z córką).

W parę dni po porodzie odciągałam po 10-20 ml i oczywiście cały czas mała dostawała moje mleko jako dodatek do mm. Jakoś 5 dnia położne kazały mi przystawiać - jak łatwo się domyślić mała nie potrafiła w ogóle chwycić piersi (pewnie też jej się za bardzo nie chciało bo już wiedziała że w odwodzie czeka butla:) W końcu jakaś starsza pielęgniarka wpadła na pomysł że kapturki silikonowe mogą pomóc (fakt miałam zupełnie "płaskie sutki"). Pomogło:)

I tak sobie karmiłam i odciągałam a mąż podawał mm. Przez pierwszy tydzień mleka było ile było - i jego ilość bynajmniej nie rosła.

Po powrocie do domu - to samo. Po miesiącu zdarzały się karmienia po których mała już nie chciała butli. Położna próbowała pomóc- jadłam płatki owsiane, piłam napoje ze słodem jęczmiennym (min piwo bezalkoholowe - to tutaj bardzo polecają) i wszystko to co ma pobudzać laktacje (herbatki laktacyjne). Jadłam kapsułki z kozieradką. I nic.

Zdesperowana próbowałam na siłę - tylko karmić (bo gdzieś czytałam że w końcu mleko musi 'pójść"). Po paru dniach leżenia 20 h na dobę z płaczącym dzieckiem przy piersi , półprzytomna ze zmęczenia- dałam spokój (zresztą "zrugana" przez położną, że doprowadzenie się do skrajnego wyczerpania w niczym na pewno nie pomoże). Dokarmialiśmy - w lepsze dni 200 ml wieczorem , w gorsze 2-3 razy dziennie - jeśli po karmieniu była głodna lub ja już nie miałam sił dostawała butelkę.

Bodajże po 2 miesiącach mała nauczyła się łapać pierś bez kapturka - po paru dniach już nim pluła. I chyba dopiero wtedy poczułam tak fizycznie piękno karmienia piersią;)
W tym tygodniu - a mała skończyła już 4 miesiące - zdarzyły nam się pierwsze dni bez mm. Chyba wygrałam moją batalię o karmienie piersią - trochę późno bo już rozważamy wprowadzenie słoiczków powoli-:)

Nie ma najmniejszych wątpliwości, że sukces zawdzięczam pozytywnie nastawionemu personelowi w szpitalu (położne , pielęgniarki) i w mniejszym stopniu swojemu oślemu uporowi (mój mąż mimo, że wspierający w pewnym momencie zaczął przebąkiwać żeby dać sobie spokój bo zamęczę i siebie i małą).

Do tego stworzono mi warunki - elektryczną pompę miałam do prywatnego użytku. póżniej za symboliczną opłatą (większość pokryło standardowe ubezpieczenie) wypożyczono mi ją do domu. W dodatku mąż był ze mną w szpitalu(z uwagi na mój stan niepozwalający na opiekę nad dzieckiem-jego pobyt też pokryła kasa chorych) - podawał pompę gdy jeszcze nie wstawałam,mył wszystko, dawał dziecku i tak co 3 godziny - nie wiem czy pielęgniarkom starczyłoby cierpliwości (zajmował się mną i dzieckiem więc za dużo nie miały przy nas roboty).

Jasne z perspektywy tego co czytam o polskich szpitalach - to brzmi jak bajka. I co tu kryć - rozbija się o pieniądze. Ale tak naprawdę to kluczowe było nastawienie personelu - zachęcanie i wspieranie. Choć pod koniec pobytu jedna położna przyznała że prawie nikt nie wierzył, że uda mi się karmić (z uwagi na wycieńczenie, utratę krwi i długą przerwę przed pierwszą próbą) ale chcieli mi dać szansę:)

Kolejna kwestia to podejście do dokarmiania - sporo osób z Polski (rodzina, młode matki) twierdzili że bez sensu się bawię w karmienie skoro nie mam pokarmu by robić to w 100 %. Że pewnie mój pokarm jest mało wartościowy. Że dziecko płacze bo głodne i że mam uważać żeby go nie zagłodzić (babcia). Że mieszane karmienie na pewno powoduje kolki/ brak kupek/ nadmiar kupek itd.

Niemiecki pediatra i położna - byli zgodni że jak się nie da karmić w pełni to i tak o niebo lepiej na pół gwizdka i dokarmiać niż zrezygnować.

Opisałam to szczegółowo - bo jestem dowodem na to że umiarkowane i rozsądne dokarmianie nawet przez dłuższy czas (u mnie 4 miesiące) nie jest problemem (dziecko zdrowe, dobrze przybiera) i wcale nie prowadzi do utraty pokarmu. Mi nie dość że pozwoliło odbudować siły to jeszcze dało komfort psychiczny. Co więcej mam wrażenie że od momentu gdy się pogodziłam że nie uda mi sie odstawić mm (przynajmniej na wieczór) - mleko "poszło" ;) Myślę że luz i brak stresu jest kluczowy - tylko jak się nie denerwować i wyluzować gdy dziecko głodne?

Myślę że w Polsce wiele musi się zmienić - warunki a przede wszystkim nastawienie personelu i społeczeństwa (z lekkim przerażeniem czytam dyskusje o tym czy wypada karmić piersią w parku/ pociągu na polskich forach i wiele negatywnych opinii, również od matek, że to "nie wypada"- w Niemczech matki karmią i nikt się nie dziwi ani nie bulwersuje). I dlatego sądzę że mamy którym się nie udało nie powinny robić sobie wyrzutów - nie wszystko zależy od nich. Te które walkę o karmienie piersią mają przed sobą - powinny dać sobie przede wszystkim czas.

Wszystkim Mamom życzę powodzenia i sukcesów w karmieniu jakie by ono nie było:)
Pozdrawiam
K.S.
Mama -Emigrantka:)
Akcja społeczna "Karmimy dzieci piersią? Naturalnie!", to przedsięwzięcie stworzone specjalnie, aby przyszłe i obecne mamy znalazły wsparcie i wiedzę. Niech karmienie piersią będzie dla nich oczywistym wyborem, a ich historie niech zawsze kończą się happy endem. "Mleko mamy rządzi!"
Wypełnij ankietę dla mam TUTAJ.
.
Partnerem akcji jest
Trwa ładowanie komentarzy...